
To był deszczowy niedzielny poranek, który dla mnie rozpoczął się o 5.00 rano. Założyłem na siebie ciężki plecak ze sprzętem, który towarzyszył mi przez kolejne 8 godzin. Był ze mną na każdym z 20 000 kroków jakie tego dnia wykonałem. Szczęśliwie od rana padał drobniutki zimny deszcz, przynosząc ulgę po sobotnim upale, którego wszyscy tak mocno się obawialiśmy.
Już od godziny 6.00 strefa zmian, tliła się życiem, aby już w okolicy 7.00 zamienić się w tętniącą emocjami wioskę sportową. Przed startem radość mieszała się z niepewnością. Thriathlon na papierze to sport indywidualny, faktycznie to sport drużynowy. Wielki pokaz pasji, siły, miłości i bezwarunkowego wsparcia najbliższych. To morze wylanego potu, które często na finishu zamienia się w morze łez wzruszenia.
Staram się zawsze, poza sportowym splendorem być z wami w czasie przygotowań. Tam jeszcze nie nie ma emocji startowej rywalizacji, to miejsce nie jest tak widowiskowe jak trasa. Jednak czuć tutaj wielką energię, zupełnie inny rodzaj napięcia. Wasi bliscy zabierają je ze sobą na trasy i trzymają w sercu aż do mety.
Oglądając Wasze zdjęcia po starcie, często sam mam łzy w oczach. Ja także toczę na trasach swoją walkę, pokonuje swoje słabości. Mimo całego trudu, jeszcze nigdy nie wróciłem zawiedziony. Przyjmujecie mnie jak członka swojej rodziny, a ja czuje się jak w drugim domu. Bardzo Wam dziękuje…
Link do google drive:

















































































